Są ludzie, którym nie chce się permanentnie (Bartku wiesz o kim mowa, prawda?). U mnie zaś zależy jak leży, a konkretnie zależy ile płacą. Mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają. Ja sądzę odwrotnie; mnie pieniądze szczęście dają, szczególnie w momencie gdy się ich pozbywam. Mówcie co chcecie, niech będzie nawet że się chwalę, ale uwielbiam wyjść do restauracji/klubu/baru/kina/gdziekolwiek, nie myśląc o tym ile mam w portfelu tudzież na koncie. Po prostu lubię gdzieś wyjść, a niestety PLNy są potrzebne zawsze i wszędzie.

Tyle o mnie, zmierzam teraz w kierunku ludzi, którzy narzekają, jęczą i w ogóle ciągle im źle z powodów finansowych właśnie. Niestety, znakomita większość tych ludzi wykonuje małpią robotę. Odgrzewać kotlety w McDonaldzie lub nabijać produkty na kasę (która pokazuje ile trzeba wydać reszty, co niektórym nie przeszkadza w pomyłkach!), może byle osioł/oślica. Żadna praca nie hańbi ktoś rzeknie – owszem, nie hańbi, dopóki jest to praca, a nie wyzysk na granicy niewolnictwa. Ale jeśli ktoś się na to godzi, to niech nie kradnie twierdząc, że musi wyjść na swoje(przykład z życia wzięty!). Skoro wyżej wyceniasz swoją pracę: idź do szefa, poproś i poproś o podwyżkę, ew. szukaj innej pracy. Nie ma przebacz.

Kultura pracy w Polsce jest tragiczna. Obsługa sklepów na potencjalnego klienta patrzy spod byka, a ja wchodząc czuję wściekłe spojrzenia, bo przecież kolejny klient = praca. Trzeba coś podać, o coś zapytać, pomóc – a po co skoro tak fajnie się rozmawia z koleżanką?

W tym momencie muszę krzyknąć: chwała McDonaldom, chwałą wielkim sieciom, które nierobów uczą pracy i pokory wobec klienta. Gdyby nie one, panie w budkach nadal były opryskliwe, kelnerzy i kelnerki (do których i tak mam zastrzeżenia) nie pytaliby się czy smakuje i nie dbaliby o to czy stolik jest czysty. Chwała więc międzynarodowym standardom, kontrolerom jakości i sprawdzaniem pracowników. Chwała, bo dzięki temu obsługa jest miła i uśmiechnięta, a nie opryskliwa jak kiedyś. Bo to ja robię łachę zamawiając obiad, a nie oni podając mi go. A kwaśna mina (bo jak wiadomo w Polsce, “usługiwać” to hańba) dotyczy(ła) pracowników pierwszego kontaktu z klientem, niemal we wszystkich firmach. O instytucjach państwowych szkoda pisać, bo tam nic się niestety nie zmienia. Moją walkę z tym ostatnim może kiedyś opisze…

Oczywiście kwestia zarobków nadal jest dyskusyjna, ale to już nie mój problem. To nie moja sprawa, za ile ktoś pracuje dopóki nie daje mi odczuć, że według niego, jest to za mało.

Odpowiedzi: 3 do “McJob – czyli w podzięce wielkim sieciom!”

  1. hetane powiedział/a

    Sposób ‘usługiwania’ klientowi – jak bardzo postaram się w tej kwestii nie odbiec od głównego tematu- to w większym stopniu kwestia kultury osobistej polaków, aniżeli samego niechcenia. Trzeba pamiętać, że higiena słowna z roku na rok podupada na zdrowiu i mizernieje w oczach…
    To samo tyczy się szanownego konsumenta przecież, który swoją wiecznie uniesioną, zmanierowana postawą potrafi zniechęcić i doprowadzić do szewskiej pasji najcierpliwszych. Wchodzi Ci takie ‘Panisko’, niegrzeczne i nieuprzejme, do tego często mija się z celem idąc do salonu odzieżowego a nie psychoterapeuty. Aż nagle po trzech trudnych godzinach, kiedy to obsługa nasłuchała się obelg za najbliższe 4 lata, wyniosła cale zaplecze tudzież zaproponowała wszystkie możliwe pozycje z menu – ta kręcąc nosem wychodzi nic nie kupując, po czym po miesiącu czasu wpływa skarga, a wszyscy znajomi szanownej pani którzy przychodzą do owego lokalu/sklepu z wyrobioną już złą opinią, pociągną dalej ten nieszczęsny łańcuch…

    I w ten oto w miarę zgrabny sposób udało mi sie ominąć niebezpieczne tematy :D

  2. bartekBB powiedział/a

    mysle Patryku, że nie wyczerpałeś tematu ;) )

  3. lilith powiedział/a

    hehe taaaa… obsluga bywa przemila, ososbiscie opisze ci ciekawy przypadek z osiedlowego alberta, w ktorym to pani kasjerka prawie mnie zamordowala ze musi mi oddac 1.83 pln roznicy :]

Dodaj komentarz