Tysiąc dłoni nienawiści
marzec 4, 2008
Stała w koszmarnym tunelu, z głową podniesioną do góry. Korytarz wysoki na kilka metrów, wąski na ledwie dwa. Bez źródeł światła, a jednak ze ścian dało się dostrzec wystające dłonie. Nie padało na nie żadne światło – wydawały się emanować własnym – tylko po to by przerażać.
Uwięziona w koszmarze postać nadal się nie poruszała. W pomieszczeniu panowała idealna cisza i bezruch spowodowany przez paniczny lęk. Kiedy tylko do świadomości dotarło że znajduje się nieznanym, makabrycznym pomieszczeniu, mózg wysłał impuls nakazujący przeraźliwy krzyk. Ten jednak nigdy się z ust nie wydobył. Strach był zbyt duży. Miejsce było bardziej upiorne niż wszystkie dotychczasowe koszmary. Było prawdziwe. To nie był sen z którego można się obudzić krzycząc czy w rzucając się na łóżku.
Cisza trwała może sekundy, minuty, a może całą wieczność. W końcu postać na środku zaczęła się budzić. Z paraliżu wywołanego strachem. Pytania o miejsce, czas i cel znalezienia się w tym miejscu nie miały sensu. Było to przecież pomieszczenie nierealne, nie mogło być prawdziwe. Tylko chory umysł mógłby wymyślić coś tak potwornego.
Kropelki potu wreszcie pojawiły się na twarzy anonimowego więźnia. Pierwszy ludzki odruch, pierwszy strach dający się zmierzyć i ująć słowami. Jest lepiej.
Opuszczając głowę by spojrzeć na wprost, pierwsza kropla zsunęła się po czubku nosa i spadła. Strach znów się nasilił, bo uderzając o podłogę musi ona wydać przerażający dźwięk, który może obudzić… coś jeszcze gorszego. Śledzenie jej powolnego lotu zdawało się trwać tyle samo, ile całe życie. Kiedy drobna kropelka zderzyła się z czarną podłogą rozbryzgując na drobne kawałki w zasadzie nie dało się tego usłyszeć. Możliwe więc, że to spanikowany umysł, który przygotował się na najgorsze wyimaginował ruch. Zdawało się bowiem, że drgnęły wszystkie dłonie. Ruch normalnie byłby niewidoczny, jednak tutaj dostrzegało się wszystko.
Postać po kolejnych niedających się określić czasem chwilach, postanowiła ruszyć do przodu. Z każdego koszmaru musi być wyjście. Dopiero teraz okazało się, że ubranie było równie czarne co nicość w oddali. Umysł nie potrafił co prawda przywołać ostatniej chwili przed znalezieniem się tutaj, ale z pewnością nie przypominał sobie takiego ubrania. Ktoś musiał więc je założyć, a po dodaniu do całości czynnika ludzkiego sytuacja stawała się mniej dramatyczna.
W końcu zapadła decyzja o pierwszym kroku. Oderwana od ziemi bosa stopa nie wydawała dźwięku głośniejszego niż spadające krople potu. Brak ruchu chwilowo był uspokajający. Kiedy jednak palce zetknęły się z zimną podłogą umysł czarnej postaci przeszył ból. Nogi nie były w stanie utrzymać ciężaru ciała, a z ust wydobył się pierwszy dźwięk.
Histeryczny krzyk niósł się po pomieszczeniu, a dłonie na ścianach niczym fala, zaczęły się ruszać. Niczym małe potwory, które chcą dostać się do ofiary, próbowały oderwać się od ściany i rzucić na odurzoną bólem i przerażeniem anonimową postać. Krople potu spływały coraz szybciej, a umysł nie był w stanie myśleć racjonalnie. Korytarz wydawał się zwiększać do rozmiarów dużej hali, by następnie zmniejszyć tak, że zdawało się że ciało zostanie zmiażdżone. Dłonie zawsze były w tej samej odległości i w pijaństwie szaleństwa dało się zauważyć, że należą one do ludzi. Kobiet, mężczyzn, dzieci o różnym kolorze skóry, różnej wielkości i różnym kształcie. Niektóre zgrabne i drobne, inne naznaczone ciężką pracą.
Żaden umysł nie jest w stanie wytrzymać takiej sytuacji. Ten również. Panika objawiła się głośnym, przeraźliwym krzykiem, który z czasem przeszedł w ryk złości i rozpaczy, a następnie płacz. Kiedy struny głosowe nie wytrzymały słychać było dźwięk jeszcze żałośniejszy. Wykrzyczane słowa, błaganie o ratunek i pomoc, nie trafiały do nikogo. Odbijały się od idealnie gładkich ścian i podłogi trafiając w skrywający się wszędzie mrok. Dłonie nadal, bezskutecznie próbowały się uwolnić. W ich ruchach widać było szaleństwo i niewiarygodną nienawiść. Skąd się wzięła? Dlaczego tak nienawidziły tego człowieka, któremu należało raczej współczuć?
Umysł znalazł się na granicy. W oczach było już je widać. Podobnie jak w chwilach śmierci całe życie zaczęło przewijać się, przy czym nie były ty obrazy przyjemne. Najgorsze chwile życia – śmierć bliskich osób, próba samobójcza, kłótnia z przyjacielem, z żoną, jej bicie. Wszystko pojawiło się jednocześnie uderzając z siłą tsunami i kończąc dzieło zniszczenia. W życiu podejmujemy wiele złych decyzji, których skutki zdają się nigdy nie nadchodzić. A jednak zawsze się pojawiają. W naszej głowie, gdzieś w podświadomości zostają zapisane na zawsze. W umysłach innych ludzi mogą tworzyć prawdziwe rany. Kiedy bliscy mówią że jest dobrze, wierzymy im. Oczekujemy przebaczenia tylko po to by nadal móc ranić. Fakt, że zapominamy, nie oznacza że tak dzieje się z innymi.
Cała nienawiść jaką dało się odczuć w tym miejscu zdała się wybuchać. Korytarz nadal kurczył się i rozszerzał, a dłonie nie przestały nienawidzić nawet wobec żałosnych łez i niemo powtarzanego słowa przepraszam.
Nagle, po raz pierwszy to pomieszczenie wydało dźwięk. Jakby wybuch, ale słyszany tylko w głowie więźnia. Wszystkie dłonie, pogrążone we własnym szaleństwie zaczęły umierać. Każda, w ciągu krótkiej chwili stawała się śmiercią. Zamieniały się w czarne żarzące dłonie jakie musiał mieć sam szatan, by następnie zsunąć się już jako popiół. Kiedy wszystkie odpadły, a ściany stały się idealnie gładkie, postać klęcząca na środku korytarza zaczęła się rozglądać.
Nastąpiła nieruchoma cisza, zupełnie jak na początku. To koniec. Koniec. Makabrycznie dłonie stały się popiołem zalegającym w całym korytarzu. Szaleństwo zaczęło się cofać, myśli powoli wracały na swoje miejsce.
Ale to nie był koniec…
Sufit oraz wyjścia zbliżyły nieszybko, zostawiając niewiele przestrzeni. Twarde nieskażone rysą ściany zaczęły się wyginać, jakby coś z drugiej strony próbowało się przebić. Nie były to jednak uderzenia próbujące je zniszczyć – nikt nie chciał uwalniać więźnia. To głowy, twarze ludzi próbowały się przerwać ściany, jak błonę matki. Ich kształty najpierw niewyraźne, z czasem nabierały kształtów, by w końcu wedrzeć się do środka. Pomieszczenie znów się powiększyło, a umysł nieszczęsnej postaci tym razem został całkowicie zaskoczony i tak przerażony, że przestały lecieć nawet łzy. Głowy, należące do właścicieli rąk znalazły się tuż obok. Krążyły w nadal powiększającym się pomieszczeniu, a od każdej emanowała złość i nienawiść. Być może gdzieś wśród nich były i takie wyrażające litość i współczucie, ale tonęły w morzu odium.
W końcu tysiąc głów wydało dźwięk. Tysiąc głów, tysiąc słów uderzyło z mocą większą od bomby. Mocą niszczącą psychikę, świat i rozrywającą duszę na strzępy. Tysiąc głów, tysiąc słów nienawiści uderzyło w ubraną na czarno postać wydzierając resztki człowieczeństwa. Tysiąc głów z tysiącem słów zaczęło wchodzić w ciało człowieka z rozerwaną duszą. Tak umiera umysł.
heh brak