Teoretyk życia
styczeń 15, 2008

Moje filozoficzne podejście do życia zawsze pozwalało na wypracowanie, w większości dobrych i sprawdzających, się teorii, które z koeli łatwo było przekuć w rady. Zawsze uważałem, co przyznaje bez fałszywej skromności, że byłbym dobrym psychologiem. Leczenie innych przychodziło mi z reguły bardzo łatwo, mimo że byłem jedynie racjonalista. Empirycznie moje idee były sprawdzane przez innych. Z dobrym skutkiem w czym pomagał, chyba zbyt wysoki, poziom empatii. Ekstrawertyzm ma więcej słabych niż mocnych stron.
Bycie psychologiem dla innych pozwalało zawsze schować własne problemy i przekładać termin ich rozwiązania na później. W końcu łatwiej było pomóc komuś innemu niż sobie. Nieliczne i nieśmiałe prośby o pomoc kończyły się zazwyczaj pokazaniem mi pleców, toteż szybko ich zaniechałem.
Psychologia pewnie zna takie przypadki: przejmowanie się innymi, zamiast zajmowanie samym sobą. Na dłuższą metę było to nie do wytrzymania. Kiedy zaś znalazłem szczęście – wybuchło. Bomba ze spóźnionym zapłonem zmiotła wszystko. Powstała emocjonalna i uczuciowa tabula rasa, efektem której jest “znieczulica”.
Nie chcę już próbować pomagać innym i nie chcę też już słuchać tak jak kiedyś. Paradoksalnie jestem przez to człowiekiem bardziej otwartym. Nadal też, są ludzie którym pomogę zawsze i wszędzie (Patryku – zawsze możesz liczyć na moje przelewy
*). Dostanie się do tego grona nie jest już tak proste, a ja przestałem być dobrym samarytaninem.
Poradzenie sobie z własnymi strapieniami, pozwala inaczej spojrzeć na trudności z jakimi borykają się inni ludzie. Kolejna teoria, którą tym razem sprawdziłem sam. Okazało się przy tym, że praca w terenie może być równie przyjemna jak myślenie w swojej własnej jaskini. Trzeba tylko uważać na skutki eksperymentów. Czasem potrafią być tragiczne.
*- tzn. dopóki będziesz tak szybko oddawał