Miasto w kratkę Burberry
styczeń 28, 2008
Żyję. O podróży będzie innym razem, teraz sprawa ważniejsza: wróciłem zakochany. Londyn mnie urzekł i już teraz mogę zadeklarować (a jak wiadomo słowo pisane zobowiązuję), że do miasta na wyspach wrócę. Prędzej niż później, a kto wie, może kiedyś na stałe? Oby.
W tej chwili jestem jeszcze zauroczony miastem w którym przy przerażająco ciasnych drogach stoją smutne światła sygnalizacji. Mimo tylu samochodów (bo miałem nawet okazję utknąć w korku i spóźnić się na samolot) powietrze jest czyste, pachnące i siedząc w samochodzie czujemy tą przestrzeń. Okazało się że podróż, nawet taksówką przez samo centrum, może być przyjemna . Naprawdę. Mieszkańcy, choć starają się dotrzeć do domów by rozkoszować się ciszą (swoją drogą miasto jak na takie tłumy jest niesamowicie ciche) czynią to nad wyraz spokojnie.
Moim zdaniem to ja już nie wiem
styczeń 22, 2008

Pogoda mnie zaraziła szarością. Od 4 dni jestem zbyt leniwy nawet na to, żeby mi było to obojętne. A ponoć najgorszym dniem roku był poniedziałek. Przynajmniej tak stwierdziła przemiła sprzedawczyni, kiedy to poszedłem na zakupy w celu poprawy humoru (jak człowiek wraca z komendy musi coś zrobić w tym kierunku, prawda?). To jedna z (zakupy jako lekarstwo na kiepski nastrój… co zrobić). Zastanawiam się tylko co przeraziło mnie bardziej: jej uprzejmość (mimo, że jak sama powiedziała a z czym się zgodziłem, kiepski jest ten tydzień) czy fakt, że sam na uprzejmość zdobyłem się tak łatwo. Swoją drogą, albo ja ostatnio inaczej odbieram ludzi, albo to oni są dla mnie milsi (pomijam tych wiele sympatycznych złośliwości). Zupełnie nie widzę powodu. Przecież ja cham i prostak jestem.
Okazuje się też, że bycie jobless wcale nie jest fajne, bo człowiek ciągle coś robi. Doszło nawet do tego że w czwartek lecę na spotkania, do których nie mam wcale zamiaru się przygotować. Inna sprawa, że pewnie nie dolecę na miejsce. Znając moje szczęście zginę w katastrofie – przy okazji tych fatalistycznych myśli okazało się, że mam wielu przyjaciół i już kilka osób zadeklarowało zajęcie się m.in. komputerem, monitorem i resztą sprzętu. Dziękuję!
Aha. Do trumny proszę mnie ubrać w stylu casual i włożyć jakiś odtwarzacz CD (grzech puszczać taką muzykę z mp3) z płytą Tomasza Stańko – tą którą dostałem od Ciebie:-* Chociaż nie… proszę mnie skremować, a Tomasza Stańko puszczać “w słuchawkach” – te zaś zakładać na urnę. Tak będzie chyba najlepiej. Nie wiem jak z akustyką, ale narzekał nie będę, bo niby jak? Ha ha.
Indolencja umysłowa się rozszerza i jak widać dopadła też mnie. Bywa. Bardziej optymistycznych wpisów proszę spodziewać się po moim (oby) powrocie.
ps w piątek (25 luty) przedpremierowe pokazy filmu Projekt: Monster. Jak tylko zobaczę (a mam nadzieję, że uda się już w piątek) napiszę kilka słów.
pps ładna kobieta, krótka rozmowa, trochę Akona i od razu człowiekowi lepiej. A dziewczyna ze sklepu ma na imię Asia.
Brand City Monster
styczeń 21, 2008

Jestem Potworem. Tak ja. Nie zmieniam się jednak w nocy w bestię (przynajmniej nie taką) – wręcz przeciwnie. Jestem potworem za dnia szczególnie.
Bestią wykreowaną przez nowoczesny marketing, reklamę i PR. Zwierzęciem w urbanistycznej dżungli, konsumentem, które kocha swoje środowisko naturalne. Na mózgu mam zapewne metkę, a w środku katalog brandów. Moim domem jest betonowe miasto. Uwielbiam chodniki, ulice, przezroczyste windy i oszklone budynki. Tworzą one widok równie piękny jak zachód słońca nad morzem czy górach. Nie mam nic przeciwko, by mieszkać w środku dużej metropolii (byle wysoko, żeby móc podziwiać widok).
Przeczy to może mojemu nonkonformizmowi, ale trudno uciec przed globalizacją. Ja się jej poddaję w sposób świadomy. Nie walczę, bo to walka skazana na porażkę. Nie płynę też z nurtem, ale bacznie przyglądam się kierunkowi.
Uśmiech miarą kobiecego piękna
styczeń 18, 2008
Słowa w tytule moje, ale pewnie nie raz wypowiedziane wcześniej. Dyskutować z tym nawet nie zamierzam, mógłbym się za to podpisać ręcami i nogami, gdyż zgadzam sie w pełni. Szkoda zatem, że w naszym szarym kraju, dziewczyny w 90% maja miny naburmuszone, nosy zadarte (jestem wredną suką, spadaj frajerze) tudzież krzywią sie jakby właśnie zjadły cytrynę. Naprawdę kwaśną cytrynę
A przecież na uśmiechu można w zasadzie tylko zyskać. Stracić kobieta może jedynie w przypadkach nadzwyczajnych. Choć sam jestem osobnikiem dość wybrednym (kto zna ten wie) uśmiech zawsze sprawia że robi mi się cieplej i w ogóle milej. Szczególnie gdy uśmiecha sie kobieta piękna. O, w takim wypadku staje się natychmiast kompletnie bezbronny. Poważnie.
Piękny uśmiech przyjmuje też właściwości magnesu, a zdarzyło sie nawet że przyciąganie było silniejsze niż ziemskie. Tym sposobem… no cóż… na imię jej Klaudia:-)
Z wyprawy do Czech (w łapach miałem aparat z obiektywem dla zboczeńca) przywiozłem też ciekawe wnioski. Otóż to, co Czeszki czyni tak pięknymi to nie fakt że ich uroda jest znacząco większa od rodzimych niewiast. One po prostu częściej sie uśmiechają, co swoją, drogą czyni całe Czechy krajem dużo sympatyczniejszym. Szkoda, wielka szkoda, że Polki robią to rzadko. Odwzajemnienie uśmiechu również nie wchodzi w grę, prędzej można dostać od pobliskiego dresika-chłopaka lub spotkać sie z dziwna miną, która po przełożeniu na słowa brzmiałaby zapewne “na co sie gapisz idioto?”. Życie…
Uśmiech może być piękny (to zawsze), a jeszcze lepiej kiedy jest intrygujący. Może być też zaproszeniem i same wiecie najlepiej jak to zrobić. Jedną z najbardziej rozbudowanych form jest ten, kiedy przygryzacie seksownie wargi.
Opcji jest wiele, a sztuka uśmiechania skomplikowana. Dokładnej analizy pisał nie będę. Po prostu uśmiechajcie się:-)
ps I jeszcze coś do posłuchania (idealnie pasującego do treści):
\o/
styczeń 16, 2008
Dziś krótko bo trochę bezcelowo. A w zasadzie to mam do przekazania jedynie muzykę i strzępy myśli.
Wiem, że Christina Aguilera by się obraziła za wrzucanie jej kawałków do internetu, ale primo – i tak już tu są, secundo – nie miałbym innej możliwości, żeby się podzielić. Zatem:
Christina Aguilera – Candyman – kawałek przy którym wydaje mi się że nawet ja mógłbym dobrze zatańczyć:-) Nie wiem czy z Wami będzie tak samo, ale mnie rusza i muszę do niego przynajmniej potupać.
Jeszcze trochę ogłoszeń duszpasterskich. Znajoma Wiewiórka (która jest o tyle wyjątkowa, że nie robi zapasów na zimę) głośno się wczoraj zastanawiała skąd biorą się takie kobiety, jak na zdjęciach, które umieszczam. Odpowiedź jest banalna ( o banałach niedługo będzie nieco szerzej): z Photoshopa. Przynajmniej większość. Aha, Wiewióro – masz przerąbane za nocne pranie mózgu.
Na koniec jeszcze chciałem pozdrowić (w sumie nie wiem czemu) Patryka i jego szefa (chłop ma wiele racji) oraz zachęcić wszystkich do komentowania. Licznik odwiedzin się zaraz przekręci (no dobra – przesadzam), a komentarzy jakoś tak mało, co mnie niezmiernie smuci.
ps Z braku białego wina stwierdzam, że whisky z kawiorem to całkiem niezłe połączenie.
pps Co do wina: polecam Tokaji Aszu. Bardzo słodkie, gęste i… po prostu idealne. Ja niestety już nie piję bo mi się kojarzy. Dobrze. Ale to nie czas na wspominanie. Spróbujcie.
ppps Kto widział American Psycho deceni ten oto filmik. Enjoy!
Mółwing on
styczeń 15, 2008
Dawno już nie narzekałem. Nie żebym teraz miał zamiar, choć faktycznie jest na co. Wywalenie z pracy to zawsze dobry powód. Na szczęście zupełnie się tym nie przejmuję. Zresztą stało się to na życzenie – jeszcze nie nauczyłem się trzymać języka za zębami (i nie mam zamiaru).
Swoją drogą jestem chyba zbyt wymagający względem pracy, a bycie jobless (powiedzmy, bo akurat w tym fachu zarabiać trudno nie jest, więc bezrobotny ze mnie bardzo naciągany) nawet mi odpowiada. Lenistwo nie ma z tym nic wspólnego – lubię pracować, ale wtedy kiedy chcę, a nie od 8 do 16. Nawet kiedy miałem okazję “wysługiwać” się pewnej firmie, gdzie mogłem zjawiać się po 9 i wychodzić przed 15 nadal mi to nie pasowało. Co zrobić. Jestem Kotem.
Ostatnio zamiast iść przed siebie postanowiłem zrobić coś jeszcze lepszego. Ruszyłem w cztery strony świata jednocześnie. Pomysł genialny, bo nie marnuję czasu. Odwróciła się też karta z nadrukowanym na niej “Q”. Nie jest to kier, ale trefl jak najbardziej. Coś przynosi mi ostatnio szczęście – mam nadzieję, że zostanie tak na dłużej. To zawsze miłe kiedy kobieta daje swój numer, następnego dnia inna zaprasza na herbatę, a jeszcze inna… no nieważne:-) Jest miło, choć nadal nie mam tego na czym zależy mi najbardziej. Ale przecież podążam w cztery strony. Gdzieś czeka skarb. Znajdę go. Yarrr!
Teoretyk życia
styczeń 15, 2008

Moje filozoficzne podejście do życia zawsze pozwalało na wypracowanie, w większości dobrych i sprawdzających, się teorii, które z koeli łatwo było przekuć w rady. Zawsze uważałem, co przyznaje bez fałszywej skromności, że byłbym dobrym psychologiem. Leczenie innych przychodziło mi z reguły bardzo łatwo, mimo że byłem jedynie racjonalista. Empirycznie moje idee były sprawdzane przez innych. Z dobrym skutkiem w czym pomagał, chyba zbyt wysoki, poziom empatii. Ekstrawertyzm ma więcej słabych niż mocnych stron.
Marzenia kobiet? No co ty!
styczeń 7, 2008

Dziś krótko bo mam dużo pracy i skończyło się wolne. Zresztą wiele do napisania nie mam.Zwracam się jedynie do kogoś (faceta zapewne), kto wyszukał mojego bloga po słowach “marzenia kobiet seks z dwoma”. Człowieku. Kobiety nie marzą o seksie z dwoma facetami (przynajmniej żadna z którą rozmawiałem nie marzyła). Jeśli więc chcesz spełnić kobiece marzenia nie tędy droga. Sondaże mówią, że ponad 90% chce przespać się z tajemniczym nieznajomym. Do dzieła więc!
Druga sprawa. Wzorem Biednego Patryka umieszczam muzykę:
David Guetta – baby When The Light – kawałek, który nastraja mnie bardzo optymistycznie. Kiedy go słyszę od razu widzę przed oczami plażę i piękny uśmiech kobiety (niekoniecznie Kelly Thybaud;-)). Posłuchajcie!
ps kiedyś mi się śniło że zatańczę na plaży z piękną kobietą w niebieskiej sukience. Mam nadzieję że to się spełni. Banalny romantyzm? Jasne. Ale za to jaki przyjemny:-)
pps Patryku. Chociaż kupowanie talerzy w Ikei może świadczyć o czymś odwrotnym, wiem że nie jesteś biedny:-)
Co by tu…
styczeń 3, 2008
Jest taki problem: siadam z zamiarem napisania czegoś (nawet wiem czego). Nic. To znaczy “coś”, ale niewiele. Po chwili ktoś odzywa się na gadu-gadu, mruga do mnie ikonka irca albo okazuje się że trzeba wrzucić do listy inną muzykę. Dalej idzie samo: otwieram stronę www i czytam, sięgam ręką po książkę albo PSP i leci. Czas. A ja zapominam o pisaniu, no chyba że praca woła. Wtedy nie ma zmiłuj.
W końcu zmęczone oczy mówią dość. Kładę się do spartańskiego łóżka i… mam kolejny pomysł żeby coś napisać. Niestety powieki są ciężkie, a odległości dzielącej łóżko od komputera nie da się przebyć bez włożenia w to całych sił (kto widział ten wie). Jako, że mózg jeszcze pracuje zaczynam w nim notować (czasem dla ułatwienia sięgam po telefon i zapisuje tematy). Z tego wszystkiego na drugi dzień pozostają strzępy, których nijak nie da się sensownie złożyć do czegoś więcej niż kupy. Blog mógłby więc liczyć zdecydowanie więcej ciekawych (to przede wszystkim) wpisów, a jest niestety inaczej. Sam tego niezmiernie żałuję, ale poprawy obiecać nie mogę. Nie jestem leniwcem, wręcz przeciwnie – lubię kłaść się późno, ale kiedy już to zrobię nie mam ochoty wstawać.
Dziś też miało być o czymś innym. Dziś, a właściwie wczoraj bo w nocy. Nie będzie. Jest za to o niczym. No może tylko o indolencji i porannym żalu, że nie mogę przypomnieć sobie o czym (z reguły ciekawym, no chyba że mi się już tylko śni?) chciałem pisać. Jutro położę się wcześniej – dla zmylenia umysłu – zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że coś ciekawszego niż to. Dobranoc.
ps Azjatka pasuje jeszcze mniej niż panna niżej, ale znów nie mogę się powstrzymać.
pps Nawet nie jest ładna, ale co tam.
Wyjście z jaskini – rok 2008
styczeń 1, 2008
Jestem socjopatą. W stopniu nie całkowitym, ale wystarczającym by za towarzystwem ludzi nie przepadać. Aspołeczne zachowania mają swoje plusy, a minusów zdecydowanie mniej. Nie jestem jednak do końca pozbawiony empatii, a i introwertykiem jeszcze nikt mnie nie nazwał. Częściej mówią, że udaję. Po części mają rację, bo choć łatwo mnie poruszyć, to robię co mogę by z obserwatora nie stać się uczestnikiem. Wysoka asertywność i nonkonformizm są więc często wielce przydatne. Na szczęście na brak tych cech nie narzekam.