Wtorek.
grudzień 5, 2007
Dziś nietypowo. Zamiast typowego wpisu – dłuższa i bliżej nieokreślona forma. Boję się nazwać tą elukubrację, ale uznałem że mogło być gorzej. Tekst wędruje więc do publicznej szuflady, do której zajrzeć może każdy. A ja nawet zaproszę do czytania.
Wtorek.
Szyba była czysta. A. siedział na dużej, skórzanej kanapie, znajdującej się na niewielkim podwyższeniu. Przed nim, na niskim szklanym stoliku, leżała jedna z dzisiejszych gazet. Ani nazwa, ani nagłówek, ani tym bardziej, żaden z tekstów nie przyciągał jego uwagi. Nic zresztą, w tym niewielkim miejscu nie było w stanie tego dokonać choćby na ułamek sekundy. Wiedział, że na ścianach znajdują się stare, oprawione w ramki fotografie. Wiedział, bo wchodząc siłą rzeczy wzrok pochłaniał niepożądany obraz. Gdyby ktoś jednak spytał, co owe zdjęcia przedstawiają, nie byłby w stanie odpowiedzieć. Były zupełnie poza obszarem zainteresowania. Jak Zresztą większość rzeczy i ludzi.
W każdy wtorek, o godzinie 12:00 wchodził, rzucał na kanapę czarny płaszcz, a następnie siadał . O dziwo nie zdarzyło się nigdy, by miejsce było zajęte. Być może to obsługa, rozpoznawszy znanego klienta, rezerwowała miejsce przepędzając innych gości lokalu. A może oni sami wiedzieli, iż o tej właśnie godzinie, w żaden wtorek, siadać tam po prostu nie wolno.
O nic nigdy nie prosił. Odzywał się tylko na początku, później nie było to potrzebne. Kelner, który jako jedyny obdarzany bywał spojrzeniem szybko zrozumiał, że ów ekscentryk, nie lubi rozmawiać. Ba, sprawiał wrażenie jakby czynność tą w ogóle uważał za zbędną.
A. nie przychodził też słuchać. Zamawiał jedynie szklankę wypełnioną w trzech czwartych whisky z lodem (koniecznie z trzema kostkami lodu) i siedział w milczeniu. Choć nie przepadał za alkoholem, po tej niewielkiej dawce, wtorkowe dni były łatwiejsze do zniesienia. Dziwne, ale to właśnie wtorek, był dniem najtrudniejszym do zniesienia. Nie sobota, kiedy budził się najczęściej z kacem, ani niedziela, kiedy sytuacja się powtarzała. O dziwo nie był to też poniedziałek. Nie. A. nienawidził wtorku. Tego dnia ogarniało go bowiem uczucie bezradności. Bywał też zły, a wyrozumiałość zostawiał wychodząc z mieszkania oddalonego ledwie o kilka przecznic. Bycie sławnym pisarzem miało, rzecz jasna, swoje dobre strony i na lenistwo mógł sobie pozwolić.
Siadał więc ciężko i obserwował. W lewej dłoni trzymając aktualną gazetę, na która nigdy nie zwracał uwagi, w drugiej niewielką, kwadratową szklankę wypełnioną bursztynowym alkoholem, patrzył na szare ulice miasta.
Szare – bo taki dla A. był świat. Mówiąc bezbarwny ludzie najczęściej mają na myśli zestawienie czerni i bieli. A to kolory zbyt wyraziste i charakterystyczne. Wszystko co istniało miało przecież jeden, jakże smutny i przygnębiający kolor. Szara było więc miejsce w którym siedział, szara była ulica po drugiej stronie szyby. Drzewa, samochody, ludzie, psy, reklamy – wszystko było bez wyrazu, w bliżej nieokreślonym odcieniu. Wszystko – z wyjątkiem wypełniającej szklankę whisky. Jedyna rzecz, jaka dawała radość, musiała mieć przecież kolor.
Choć była zima, ulic nie pokrył śnieg. Przeciwnie – w ostatnich dniach było na tyle ciepło, że dzisiejszy, zimny wiatr stanowił niemiłą niespodziankę. W poruszających się pod jego wpływem, pozbawionych liści, gałęziach drzew, było coś smutnego i przerażającego, a przykryte chmurami niebo potęgowało tylko przygnębienie. A., czterdziestokilkuletni pisarz miał je wymalowane na twarzy nieprzerwanie. Podczas spotkań z wielbicielami, podczas wystąpień w TV, na bankietach (czasem na jego cześć), nawet kochając się z którąś ze swoich fanek. Zawsze był w głębi serca smutny. Każdy śmiech był udawany, wymuszony. Postrzeganie świata, poczucie osamotnienia (nawet kochając się z którąś ze swoich fanek) było tak duże, że szczery uśmiech nie zagościł, na pokrytej zawsze jednodniowym zarostem, twarzy od lat.
Wolał więc nie udawać. Nie musiał być miły. W tej kawiarni – przy tej ulicy, w tym mieście – nie musiał. Wszystko czego pragnął zamykało się w jednym słowie; spokój. Potrzebował go do niemego obserwowania pozbawionych twarzy spieszących się gdzieś ludzi. W tym szarym świecie – to właśnie oni byli najtragiczniejszymi postaciami. Obcy i różni, przez co paradoksalnie tacy sami. Zupełnie obojętni. Na siebie, na otoczenie. Bezrefleksyjnie podchodzący do życia. Godni pogardy w swej pogoni za fałszywym szczęściem. Krok za krokiem, każdy ścigał swoją własną utopię, do której nigdy miał nie dotrzeć.
Nikomu nie mogło się udać. Człowiek, z natury jest bowiem niegodny szczęścia. A. zastanawiał się nad tym – co prawda niezbyt często i niezbyt intensywnie. Wolał rozmyślać nad inną kwestią; czy te szare postacie pozbawione bez twarzy, jakby rysownik na swym szkicu specjalnie zamazał je ołówkiem tak by pozostali anonimowe, zdolne były do pojęcia swej tragicznej sytuacji? Czy potrafiły, lub chociaż próbowały postrzegać otaczającą je rzeczywistości bez okłamywania samych siebie? Czy uciekały przed nią specjalnie, a może w ogóle nie były do tego zdolne? Odpowiedzi na te pytania rodziły jedynie kolejne. Błędne koło, pożerając sekundy, minuty, godziny, czasem całe dnie, nie oferując w zamian odpowiedzi.
W swoim książkach A. stworzył wiele postaci. Wszystkie zdawały mu się bardziej realne i ludzkie niż te mijane na ulicy. Przynajmniej, tak jak wypite niemal do końca whisky, miały swoje kolory. W przeciwieństwie od tych, których czasem, spiesząc się na spotkanie trącał ramieniem. Nigdy nie przepraszał. Jak można mówić do trupów? Zresztą po co? Trup – w najlepszym wypadku, nieświadomy własnego stanu, odpowie zdawkowo. Wybełkocze niezrozumiałe słowo, może nawet zdanie, ale będzie to bez znaczenia. Bo czy słowa trupa mają jakąś wartość? Czy należy się z nimi liczyć? Należy ich słuchać? Oczywiście, że nie. Przecież to zwykłe fantomy pozbawione świadomości, a i duszy zapewne też, jeśli oczywiście ta w ogóle istnieje, w co bardzo wątpił. Przecież jest wielce prawdopodobne, że są oni jedynie imaginacją jakiegoś wszechmocnego umysłu. Czymś realnym tylko w wykreowanym przez wyobraźnie świecie.
A. już dawno zauważył, iż wszyscy dookoła, łącznie z nim, to nic więcej jak martwe ciała. Oczywiście jeszcze nie teraz. Nie dziś, nie jutro, ale pojutrze. O, to już możliwe. Bo czy temu starcowi, przytrzymującemu porywany przez zimny wiatr kapelusz, dalej do śmierci, niż biegnącemu przed nim dziecku? Na oko dzieli ich jakieś siedemdziesiąt lat. 25550 dni. Jeszcze większa liczba, gdy przeliczyć na godziny. Tylko co z tego? Rodząc się nie rozpoczynamy życia, ale nieustanny i nieodwołalny proces umierania. Czy możliwe jest oddalenie nieuniknionego poprzez schowanie w chmurze obojętności własnej twarzy? A. zastanawiał się nad tym w każdy wtorek. W każdy wtorek, kilka minut po godzinie dwunastej. Kończył różnie, ale nigdy nie zamawiał niczego ponad szklankę bursztynowej whisky. Koniecznie z trzema kostkami lodu.
Jak co tydzień, kiedy tylko skończył pić, odłożył na stolik nieprzeczytaną gazetę. Zostawiwszy pieniądze (zawsze dawał napiwek) wstał. Czarna skórzana kanapa zaskrzypiała, co mogło zwrócić uwagę innych gości. Czy zwróciło – tego nie dostrzegł.
Wyszedł i dopiero założył płaszcz. Ulica, identycznie jak zza będącej teraz po lewej stronie szyby, była szara. Po drugiej stronie, w bliźniaczo podobnej kawiarence , dostrzegł kobietę. Siedząc popijała, sądząc po kształcie kieliszka, jakiś alkohol. W prawej dłoni trzymała gazetę. Możliwe, że taką samą jak przed chwilą trzymał on sam.
Mimo dziwnej chęci by się uśmiechnąć, pokryta zarostem twarz pozostała kamienna. Al. lekko skinął głową mrużąc przy tym oczy. Gest, jak później pomyślał, zupełnie głupi i pozbawiony sensu, nie został odwzajemniony. Zanim ruszył przyjrzał się jeszcze miejscu, które wprawiało go we wtorkową melancholię. Przyglądanie się, również należało, do cotygodniowego rytuału.
Kobieta zdążyła zauważyć, jak jeden z setek tysięcy mieszkańców miasta znika w tłumie.
Bardzo fajna ta dłuższa i bliżej nieokreślona forma. Ma to coś.
hehhe,poczytałem poczytałem i teraz nie mam ochoty juz pisać coś od siebie ,bardzo mi sie podoba język pisania,poznałem kilka nowych słów których nie miałem pojecia ich znaczenia,no baa betonowa dźungla przenikła we mnie i włóczęgostwo po zielonej wyspie.pozdrawiam będe częściej obserwatorem:))
“Rodząc się nie zaczynamy życia, ale nieustanny, nieodwołalny proces umierania”…..aż zabolało